Błędy zleceniodawcy, które drogo kosztują
Najczęstszy błąd to brief w stylu „proszę przetłumaczyć, ma być ładnie”. Bez odbiorcy, bez zakazanych słów, bez informacji, czy tekst idzie na stronę, do umowy czy do ulotki. Tłumacz wtedy zgaduje rejestr. Zgadywanie widać dopiero na etapie akceptacji — i wtedy płaci się za czas obu stron.
Drugi błąd: wysłanie pięciu wersji tego samego pliku bez wskazania obowiązującej. Albo skan z telefonu w krzywo oświetlonym biurze. Albo Excel z ukrytymi kolumnami, których nikt nie wspomniał. Porządek wejścia to połowa jakości wyjścia.
Trzeci: termin ustawiony od końca, bez bufora na pytania i weryfikację. Ekspres ma sens przy kryzysie, nie jako stały model współpracy. Czwarty: poprawki wtrącane ustnie przez kilka osób naraz bez jednego decydenta. Tekst wtedy nigdy nie wraca do spójnej wersji.
Piąty błąd: oczekiwanie, że tłumacz „poprawi sens” słabego oryginału po cichu. Czasem wolno zaproponować jasność — ale zmiana merytoryczna wymaga decyzji klienta. Szósty: brak glosariusza przy serii tekstów. Za każdym razem wraca dyskusja o tym samym terminie produktowym.
Świadomy zleceniodawca dostarcza: cel, odbiorcę, plik źródłowy, termin realny, osobę akceptującą i przykłady wcześniejszych materiałów. To nie biurokracja. To najtańszy sposób, by dostać tekst, który da się opublikować bez trzeciej rundy pretensji.